Pokolenie, któremu przejadło się sushi

Gdy patrzę na moje pokolenie, myślę że mamy być za co wdzięczni. To co dla nas jest oczywiste i na wyciągnięcie ręki, dla naszych rodziców było często szczytem marzeń. Obiad w restauracji, który już nie robi wrażenia, był wydarzeniem jeszcze dziesięć lat temu. Wyjście do kina, ot wielka sprawa – bilet kupujesz godzinę przed seansem, wciąż jeszcze siedząc w łóżku. Wakacje zagranicą? Wystarczy dobrze poklikać, żeby za grosze zwiedzać świat. Pokolenie naszych rodziców musiało się bardziej nagimnastykować.

Myślę że zrobiliśmy sobie krzywdę, biorąc to wszystko za pewnik, funkcjonując w przekonaniu, że to oczywiste i się nam należy. Nie musimy nikogo przepraszać za to, że żyjemy w takich a nie innych czasach, ale trochę kuje mnie z zazdrości, gdy widzę, jak moja babcia z podekscytowaniem prasuje najlepszą garsonkę, bo idziemy do restauracji. Zazdroszczę jej i jednocześnie mnie to rozczula. Ta zapomniana zdolność doceniana chwil, małych rzeczy, celebrowania i świętowania. Coś co umknęło nam pomiędzy aktualizowaniem statusów na facebooku a wrzucaniem nowych zdjęć.

NORMALNOŚĆ JEST OKEJ

Mam wrażenie, że coraz bardziej jesteśmy zmęczeni kolorowym życiem. Jesteśmy sami zdziwieni jak przyjemne jest robienie kroku do tyłu, ściszanie muzyki i zmywanie brokatu z oczu. Nieśmiało przyznajemy się sami przed sobą, że bardziej cieszy nas wieczór planszówek z kubkiem sagi, zamiast wyjście do klubu z kolorowymi drinkami, z którego muszą polecieć setki snapów i sesja na Instagram. Zaczynamy węszyć i rozróżniać co naprawdę jest fajne, a co napompowane hypem. Wciąż jeszcze kupujemy kolorowe życie ładnych ludzi, łudzimy się, że zbierając więcej lajków pod zdjęciami są szczęśliwsi. Przeraża mnie jak łatwowierni jesteśmy i jak niewiele trzeba, żeby sprzedać wizerunek w social mediach. Nigdy nie było tak wielu speców od PR-u jak w dzisiejszych czasach.

Nakładamy filtry, chodzimy do modnych miejsc jednocześnie tęskniąc za normalnością. Troszkę przejedliśmy się już melanżami stulecia. Jesteśmy jak narkomani, którzy nie reagują na dawki, które jeszcze wczoraj wprowadzały w przyjemny stan upojenia. Bodźce, które pobudzały nas do tej pory, są już za słabe. Rozwiązania są dwa – możemy szukać nowych dilerów lub przejść na odwyk. Możemy nakładać na twarz brokat, albo przyznać się sami przed sobą, że tęsknimy za autentycznością, a nie udawanym szumem.

Minimalizm zamiast blasków, które męczą oczy.

Kilka dni postu zamiast dokładki lukrowanych ciast.

Cisza zamiast zagłuszania swoich myśli.

Prawdziwe relacje zamiast sztucznych uśmiechów.

Autentyczna radość z małych rzeczy.

Chwila wytchnienia zamiast sprintu w pogoni za niewiadomo czym.

Wdzięczność zamiast roszczeń.

Czuć zamiast odhaczać kolejne punkty z listy.

 

… tego sobie i Wam życzę w tym roku. 

Podziel się!

Podobne artykuły

Co byś powiedział sobie młodemu?

Co powiedziałabym sobie młodej? Fakt, nie mam 50 lat i mądrości dojrzałej kobiety, ale gdy wspominam siebie 18-letnią, mam wrażenie, że przeszłam bardzo długą drogę. Wiele się zmieniło, ja się zmieniłam. Bardzo.