Następna stacja

 

I stoję na tym dworcu. Co chwilę popychają mnie ludzie, zioną mi na kark tymi płytkimi oddechami, a ja grzebię w torbie. Szukam kluczy. Do tego z żyć, do którego aktualnie wracam. I miętoszę po kolei klucze Warszawa – Wrocław – Bydgoszcz. Kiedy jestem u siebie? Kiedy jestem w domu?

Może jestem już rozczłonkowana na te kilka żyć. I nigdzie nie ma mnie całej. Może mam kilka domów, albo już nigdzie nie mam takiego prawdziwego. Bo jak się przenosisz i wywracasz życie do góry nogami to za każdym razem, gdzieś zostawiasz resztkę siebie. I w każdym z tych miejsc trochę się odnajdujesz i w żadnym z nich nie jesteś naprawdę u siebie. 

I stoję na tym dworcu. W słuchawkach młodzi polscy raperzy. Przecież muszę wiedzieć, czego słucha teraz młodzież. I nawija o tym umęczeniu sławą, że kasa kasą, ale najbardziej na świecie to chciałby wrócić do domu i się przytulić. I myślę sobie, wiem jak jest ziomek. Rozumiem cię bracie. Też bym się wtuliła, nawet pies byłby okej. A chwilę później myślę – to odwaga. To dopiero ekshibicjonizm. Wykrzyczeć światu „chce kochać”. No bo przecież każdy chce, a jednak jakoś tak nie wypada się z tym obnosić. Jakby była to jakaś forma słabości. Jakieś upośledzenie. Alarm wysyłany do otoczenia, że coś jest nie tak, skoro nie ma się w kogo wtulić. Więc zawsze lepiej opakować tę tęsknotę w „teraz jest mój czas na biznes” lub „potrzebuję jeszcze chwilę popodróżować”. A przecież to takie normalne i ludzkie. Proste pragnienie, które zbyt często jest na cenzurowanym. 

I stoję na tym dworcu. I wdzięczna jestem za te wszystkie twarze i historie. I wiem, że za nic bym nie oddała tego życia. Za nic nie wymieniłabym się na to, które tak świetnie miałam rozpisane w głowie. Czuję się, jakaś taka bogatsza. Pusta i pełna jednocześnie. 

Podziel się!

Podobne artykuły