Love is blind – czego o miłości uczy nas Netflix?

To nie w moim stylu. Podglądanie Kardashianek, Big brother, Warsaw shore… – do tej pory telewizyjne show mnie nie ruszały i omijałam je szerokim łukiem. Tym razem miało być tak samo. Włączyłam Netflixa, żeby udowodnić sobie, że to nie dla mnie. Miałam zerknąć na pierwszy odcinek. Skończyłam nad ranem. 

“Love is blind” to nowy format Netflixa, który jest mieszanką starej, dobrej “Randki w ciemno” z nutką Tindera i aranżowanych małżeństw. Kilkanaście osób zostaje zamkniętych w domu – kobiety i mężczyźni osobno. Mają czas na randkowanie, które odbywa się w sposób nietypowy – zostają zamknięci w kapsułach – słyszą się, ale nie widzą. I tak przez kilka dni rozmawiają, śmieją się, a ostatecznie – oświadczają się sobie – “sparowanie” to warunek przejścia do kolejnego etapu. Następnie świeżo upieczeni narzeczeni jadą na wyspę, gdzie mogą się lepiej poznać, żeby zaplanować ślub (!). W ostatnim odcinku stają na ślubnym kobiercu i decydują czy chcą z nowo poznaną osobą spędzić resztę życia. Szaleństwo, wiem. 

Sezon kończy się odcinkiem „reunion”, gdzie uczestnicy spotykają się po 1,5 roku od nagrań i od serduszka rozmawiają o tym, co się wydarzyło. 

I tu zaczynają się schody. Włączając program zakładałam, że będzie to forma guilty pleasure, do której nikomu się nie przyznam. Okej, będzie o niej wiedziało tylko 3297293 osób, z którymi współdzielę konto na Netflixie. 

I tu zaskoczenie. Ostatecznie program wzrusza i niesie ciekawe wnioski. Najpierw myślałam, że to zespół napięcia przedmiesiączkowego. Potem, w szerszej dyskusji, okazało się, że reszta odebrała to tak samo, a program nie tylko bawi, ale też uczy. 

1. Ostatecznie wszyscy chcemy się zakochać. 

Jeśli w trakcie studenckich czasów nie zdążyłeś złapać za łapkę koleżanki/kolegi, z którą/ym spędzisz resztę życia to budzisz się w ciekawym miejscu. Okazuje się, że dorosłe życie, wypełnione obowiązkami, deadlinami i zleceniami, to nie jest najbardziej korzystna przestrzeń do tracenia głowy i zakochiwania się. Co więcej, praca nie jest najlepszym miejscem do poszukiwania drugiej połówki, ilość możliwych interakcji w kręgu znajomych szybko się kończy i sytuacja się komplikuje. Kto nie był choć przez chwilę na Tinderze, niech pierwszy rzuci kamieniem. Podobno są pary, które ulepiły z tego sensowne związki. Podziwiam i szanuję. Dla mnie była to przyjemność porównywalna do nurkowania w szambie. Nie, nie chcę, żebyś wysyłał mi swoje nagie zdjęcia. Nie, nie możesz wpaść wieczorem, żeby lepiej się poznać. Nie, nie bolało, kiedy spadałam z nieba. 

… a przecież ostatecznie, wszyscy chcemy się zakochać i wracać do domu, w którym ktoś na nas czeka. I nie jest to paczka z Zalando. 

 

2. Alkohol nie ułatwia budowania relacji.

Początki bywają trudne. Stresujące i krępujące. Przypadek blondwłosej piękności jest przestrogą dla nas wszystkich – są lepsze sposoby radzenia sobie ze stresem niż procentowe trunki. Ciężko nazywać swoje uczucia, gdy świat nieustannie wiruje. Wino na randce? Tak. Zapijanie relacji? Niekoniecznie. 

 

3. Kontekst społeczny ma znaczenie.

O tym napiszę osobny tekst. I wydarzy się to wkrótce. 

Każdy z nas ma wokół siebie ludzi, którzy lubią nas w lepszych i gorszych momentach (taką mam nadzieję). Warto na pewnym momencie budowania związku wtajemniczyć przyjaciół. Ci ludzie naprawdę widzieli nas w różnych momentach i czasami znają nas lepiej niż my sami siebie. To moment weryfikacji uczucia. Jeśli wszyscy wokół, niezależnie od siebie, klepią nas po ramieniu i z zatroskaną miną mówią “stary, lepiej nie” to warto to rozważyć. Tak już jest, że niektóre relacje działają tylko w układzie jeden na jeden. Jeśli chcesz tak przeżyć swoje życie, zamknięty z drugą połówką na kwadracie – droga wolna. Jeśli jednak, ma stać się częścią twojej codzienności – posłuchaj ludzi wokół. Nikt ci nie robi na złość, serio. 

 

4. Wnoszenie rzeczy z poprzedniego związku gwarantuje problemy.

Kojarzycie tę scenę, w której urocza Kelly tłumaczy swojemu narzeczonemu, że wolałaby nie wchodzić w fizyczność, bo w ostatnim związku to nie działało? Zrób przysługę sobie i twojej przyszłej, drugiej połówce. Pożegnaj się ze swoim byłym/byłą. Jeśli trzeba spal stare zdjęcia, złap go w środku nocy na pożegnalnego całusa, dla pewności jeszcze raz się oświadcz, jeśli potrzebujesz ponownie usłyszeć “nie” i usuń ckliwe wiadomości. Wchodzenie w nowe sprawy z niezałatwionymi tematami zawsze powoduje problemy. Zaaaaawsze. 

 

5. Wiek to tylko liczba. 

Starszy facet i młodsza dziewczyna? Wszystko działa. Starsza dziewczyna i młodszy facet? No właśnie. Znam pary, gdzie taki układ działa. Czy zadziała u ciebie? Kto to wie. Ale weź to na klatę. Jeśli wiesz, że nie wyobrażasz sobie związku z młodszym facetem to nie kręć się przy nim w za ciasnej kiecce. Na litość boską, nie bądź Jessicą, która wybiera 10 lat młodszego faceta, a potem przez osiem odcinków przeżywa, że jak ona będzie miała 50 lat to on 40. Albo kupujesz ten układ, albo nie. Jeśli nie to spoko, nie każdy się w tym odnajdzie. Ale błagam, nie bądź Jessicą, bo będę musiała cię usunąć ze znajomych. 

 

6. O emocjach rozmawiamy najpierw z zainteresowanym. 

To chyba wniosek, który najbardziej mnie ruszył. Wszyscy mamy te przyjaciółeczki, które robią za konfesjonał. Zwierzamy się, wypłakujemy, wypijamy butelki wina. Stosunkowo niedawno nauczyłam się, że ludzie nie domyślają się, co mamy w głowach. Don’t judge me. Jeśli przestajemy się odzywać, nie odbieramy telefonów i unikamy spotkań to trudno przepracować rzeczy, które nie działają. Czy ofiara programu, słodki Mark, uniknąłby upokorzenia na oczach całej Ameryki (a teraz także Europy), gdy Jessica swoje emocjonalne dramy prała z nim, ale nie z wszystkimi uczestnikami? Tego się nie dowiemy, ale przegadywanie problemów z zainteresowanym w pierwszej kolejności, może przynieść zdumiewająco dobre rezultaty. Serio! 

 

Podziel się!

Podobne artykuły