Ładne wakacje #1: Plansee

Przygotowując cykl podróżniczych wpisów zataczam koło i wracam do pierwotnych założeń bloga (dla tych, którzy są tu krócej – blog początkowo nazywał się ‘Mała W. w wielkim świecie’ i był moim pamiętnikiem z wyprawy work&travel do USA). Dziś zajęta zupełnie innymi kwestiami wiem, że moje serce nie bije przy blogowaniu tak jak wcześniej. Marzą mi się zupełnie inne rzeczy, a platforma nie jest mi już tak potrzebna jak kiedyś. Coraz mniej we mnie chęci do spowiadania się światu. Może po prostu nauczyłam się mówić i nie potrzebuje gry w półsłówka? Żartuje, nadal nie umiem. Aczkolwiek miło jest wracać do korzeni – smacznego!

Myśląc o tej wyprawie miałam (delikatnie mówiąc) mieszane uczucia. Z jednej strony totalna ekscytacja na myśl o eksploracji zupełnie nieznanych rewirów. Chwile później natrętne podszepty wewnętrznej damesy. Nie ma opcji, że odpoczniesz na wakacjach podczas, których nie będziesz miała się gdzie myć i będziesz spała pod namiotem. Po raz kolejny – znamy się na tyle, na ile nas wypróbowano. 

Efekt “wow” nastąpił bardzo szybko. Potęga Alp, uśmiechnięte twarze austriackich emerytów sunących czerwonymi kabrioletami po szosach i krystalicznie czysta woda wprowadziły mnie w stan, którego już dawno nie doświadczyłam. Wspominałam już, że potrafię być królową zen?

Jezioro Plansee to największe jezioro w Tyrolu i drugie co do wielkości w Austrii. To dziewicze rewiry – sam fakt, że nie znalazłam o nim zbyt wielu artykułów na podróżniczych blogach, niech będzie wyznacznikiem, że jest to miejsce niemal nieskalane turystyczne. Z drugiej strony pomost z żółtym napisem ZUTRITT VERBOTEN (co za ulga, że nie znam niemieckiego i nie wiem co to znaczy!) to znany instagramowy spot. Zero logiki. 

 

Plastrem miodu na moim damesowym sercu był kemping, na którym wylądowaliśmy. Równo ścięta trawka i nieograniczony dostęp do prysznica z wrzącą wodą, którą mogłam lać na siebie godzinami, pozwoliły mi zapomnieć o zmiażdżonym biodrze (wiedzieliście, że istnieje różnica między karimatą, a matą do jogi? ja nie).

 

Dzień wcześniej zahaczyliśmy o zamek Neuschwanstein (błagam, wypowiedz tę nazwę na głos). Podobno wzorowano się na nim projektując zamek z czołówki filmów Disneya. Z jakiegoś powodu jego widok nie poruszył mnie tak, jak disneyowskie bzdety. Prawdopodobnie to wynik zaspanego oka po wielogodzinnej podróży, ale tak – warto zobaczyć go z bliska.

Pierwszy i drugi dzień tripu upłynął nam na wgapianiu się w spokojne, alpejskie jezioro. Co czyhało na nas za rogiem? Tego dowiecie się w kolejnym odcinku.

 

Fanastyczne zdjęcia są dziełem: Mateusza Sałaciaka, Natalii Kuć i Marcina Wiśniewskiego. Polecam z całego serduszka.

Podziel się!

Podobne artykuły