Influencerka offline – żegnaj Instagramie!

Grudzień to czas nienazwanych oczekiwań. Łudzimy się, że tym razem będzie inaczej. Że magia świąt wykona prace za nas. Że przyjedzie ciężarówka coca-coli i zaleje nas falą miłości. Oczekujemy, że naprawią się relacje, które od dawna wymagają reperacji, a otoczenie zacznie się szerzej uśmiechać. Albo w ogóle się uśmiechnie. 

Nic z tych rzeczy. Przychodzi Wigilia, wybija północ i nic się nie zmienia. Nawet ukochane pieski nie okazują litości i nie przemawiają do wpatrzonych w nich właścicieli. 

Święta to czas relacji. Relacji, w które coraz mniej umiemy. Złapałam się na tym, że spędzam nieprzeciętnie dużo czasu otoczona ludźmi, a wciąż jestem obok. Za ścianą. Odizolowana. Jednocześnie tęsknię za nimi i chcę być sama. Rozmawiać i cieszyć się niezakłóconą ciszą. Można dopatrywać się w tym początków dwubiegunowości albo szukać powodów w innych miejscach. Można nie wyjeżdżając z domu zrobić sobie mentalny domek w górach, zresetować się, wyciszyć i zapytać – o co ci właściwie chodzi dziewczyno?

Odpowiedź przyszła szybciej niż mogłabym się spodziewać. Skłamałabym mówiąc, że mnie zaskoczyła. To raczej dopuszczenie do głosu intuicji, która od dawna podpowiadała ciągle to samo – daj mi przestrzeń, wyloguj się. 

Instagram mnie umęczył. Mniej lub bardziej świadome budowanie wizerunku w sieci to praca na cały etat. Relacjonowanie życia, podglądanie innych i zaprzątanie głowy tym, kto podgląda nas – hej, nikt nas nie nauczył jak to robić. Gdzie jest granica prywatności? Może o tym, z kim dzisiaj tańczę powinni wiedzieć tylko bliscy znajomi?Jak to się stało, że jest ich ponad pięćdziesięciu? Faktycznie są tacy bliscy? Wiem, co na ten temat mówią algorytmy, ale moje serce podpowiada coś zupełnie innego. 

Pożegnanie się z aplikacją, która ma ułatwiać dzielenie się życiem i budowanie relacji, zweryfikowało ich głębokość. Nagle okazało się, że chociaż nie cierpię tego z całego serca, to telefony do ulubionych ludzi nie są aż tak straszne. Że królowie memów, potrafią wejść na całkiem głębokie tematy (okej, w to nigdy wcześniej nie wątpiłam). Zaskoczyła mnie ta mieszanka uczuć – głębokiej ulgi i wyobcowania. Ciekawe, że mając dostęp do pięciu innych kanałów komunikacji wciąż mogę czuć, że coś mnie omija. To chyba niepokojące.

Ustalmy, całkiem dobrze wiem, o co chodzi z tym budowaniem wizerunku. Kojarzę te sztuczki. Ale to zastanawiające, że w dzieleniu się sobą ze światem, można siebie samego zgubić po drodze. Nieświadomie się umęczyć. Bo tę ulgę poczujesz dopiero po odłączeniu wtyczki. Daliśmy się wpędzić w grę i poczucie, że coś nas ominie. Powiem ci co mnie ominęło – przegląd wysportowanych ciał na wakacjach, ciekawostek, które w gruncie rzeczy mnie nie ciekawiły i porcja przefiltrowanych selfie. Nie czuję się biedniejsza, wręcz przeciwnie. 

Okazało się, że lepszą influencerką jestem offline i kilku moich znajomych zdecydowało się dołączyć do tego eksperymentu. To chyba całkiem dobra opcja na grudzień. Żeby świat nie wiedział, gdzie jesteś i z kim pijesz kawę. Spokojnie, ci którzy będą chcieli napić się jej z tobą, bez problemu cię odnajdą. 

Ładnego grudnia.  Najlepiej takiego offline. 

Podziel się!

Podobne artykuły