Czy jestem znaną blogerką? – czyli dwa lata w blogosferze.

Ostatnio, gdy ruszaliśmy na weekend za Warszawą, M. zapytał mnie czy jestem znaną blogerką i czy coś znaczę w tym światku. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie. Zapytał mnie o to ponownie przy śniadaniu, być może dlatego, że spodziewał się innej odpowiedzi, chociaż bardziej prawdopodobne jest to, że chciał, żebym przygotowała mu tosty. Znów odpowiedziałam mu, że nie jestem nikim ważnym w blogosferze. Potem przygotowałam mu tosty, niech żyje patriarchalny ustrój.  

Pamiętam dokładnie ten wieczór, gdy publikowałam na blogu pierwszy artykuł. Ładne zdjęcia z Ameryki i kilka mało śmiesznych żartów. Siedziałam zawinięta w koc ze ściśniętym żołądkiem. Przez kolejny miesiąc moją tradycją stał się półgodzinny jogging zaraz po publikacji, bo każdy negatywny komentarz był wystarczającym powodem, żeby usunąć tekst. Z każdym kolejnym miesiącem moje nogi robiły się coraz smuklejsze, a pewność siebie rosła.

Gdy wysyłałam zgłoszenie na coroczną wigilię blogerów, gdzie śmietanka zbija sobie piątki, po raz pierwszy nie zadawałam sobie pytania ‘czy jestem wystarczająco dobra?’. Może dlatego, że jestem. Może dlatego, że to dzisiaj nie jest najważniejsze. Idąc tam nie fruwałam nad ziemią. Wiedziałam, że po raz kolejny będę musiała się zmierzyć z brokatowym światem, w którym nie tak łatwo się odnaleźć. Wymieniając się wizytówkami, kilka razy usłyszałam ‘hej byłam na twoim blogu, miło się czyta’. To miłe, ale dzisiaj już nie umawiam się na kawę tylko dlatego, że ktoś powie mi, że fajnie pisze.

Patrzę wstecz na moje dwa lata w blogosferze i widzę jak wiele się zmieniło. Począwszy od nazwy i pomysłów na teksty, na mojej głowie kończąc i to jest dla mnie najważniejsze. Obojętnie czy wchodzisz do światka muzyków, fizyków czy innych blogerów, z pragnieniem podbicia świata, możesz się szybko rozczarować. Przede wszystkim dlatego, że do większości rzeczy dochodzi się ciężką pracą, która nie zawsze jest ekscytująca. Możesz to rzucić i szukać szczęścia gdzie indziej. Możesz też wziąć się do roboty, rozwijać swój warsztat i ciągle dawać się zaskakiwać możliwościami, jakie daje skupienie się na tym, co lubisz robić.  Nie jestem w stanie zliczyć ile dobrych ludzi poznałam i ile drzwi otworzyło się przede mną przez blogowanie. Nie dlatego, że jestem znana i rozpoznawalna, ale dlatego, że pasja przyciąga ludzi. Być może nigdy nie zobaczysz mojej twarzy na paście do zębów, jest też opcja, że nikt nie zaprosi mnie na wywiad do telewizji śniadaniowej, ale to nie jest dzisiaj ważne.

Przełom przychodzi, gdy zaczynasz rozumieć, że robisz to dla siebie, a nie dla innych. Okej, możesz zbierać lajki i subskrypcje na yutubie, ludzie mogą klaskać i mówić, że jesteś super. To wszystko jest bardzo przyjemne i miłe. Ale kiedy bierzesz swoją pasję i pokazujesz ją światu to w twojej głowie dzieją się cuda. Nic tak nie dodaje pewności i nie sprawia, że twój tyłek stanie się twardy. Możesz latać, skakać, grać, malować i pisać do szuflady, bo ‘co ludzie powiedzą i w ogóle to chyba nie wypada’. Ale weź się pokaż – dla siebie.

Podziel się!

Podobne artykuły

Co byś powiedział sobie młodemu?

Co powiedziałabym sobie młodej? Fakt, nie mam 50 lat i mądrości dojrzałej kobiety, ale gdy wspominam siebie 18-letnią, mam wrażenie, że przeszłam bardzo długą drogę. Wiele się zmieniło, ja się zmieniłam. Bardzo.